Tomasz Zając
Wysłany: Pon Lip 24, 2006 23:07

Dzisiaj odbył się prolog który miał na celu ustawić pozycje na starcie następnego dnia. Wiec jeżeli pojechaliśmy dobrze to jutro będziemy stali przy taśmie startowej. Do Dusznik zjechaliśmy na godzinę 14-tą, zapisaliśmy się w biurze zawodów, Pan Andrzej znacząco nam we wszystkim pomógł, sami byli byśmy tam zagubieni jak "Andzia w parku "   . Z miasteczka BC wzięliśmy dwie wielkie torby 120litrowe w których organizator będzie przewozili nasze graty z startu do mety, bo jak wiadomo etapy kończą sie w innych miejscach, mając ponad 2h do startu poszliśmy odwiedzić Panią Wiesie. Poczęstowała nas bananami które zostały jeszcze z klasyka  . Mateusz korzystając z chwili wolnego czasu dogalał jeszcze łydkę swoją kieszonkową maszynką gilette. Nagle zerwanie chmury przez okno widziałem jak strugi wody spływają ulicami , popatrzyłem na Zielaka i obaj sie uśmiechnęliśmy, hardkor to hardkor, początek dzisiejszej czasówki był na kostce co oznaczało ze będziemy sie ślizgać jak na lodowisku. Pożegnaliśmy sie z bardzo bardzo milą Panią Wiesia i poszliśmy się przebierać, Wyciągnąłem rower ubrałem sie i zrobiłem rundkę orientacyjną dumnie prezentując koszulkę kkzk   . Jak wróciłem pod auto postawiłem rower na ziemi i po 10 sekundach bummmm trach bachaachah. Pękła dętka okazało sie ze mam rozciętą oponę i dętka otarła o asfalt . Pan Andrzej spec włożył między dętkę a oponę kawałek tekturki owiniętej w siatkę jednorazowa taki patent był jak później sie okazało skuteczny.

Wszyscy gotowi udalismy sie z Zielem na rozgrzewke trasą czasówki , okazalo sie ze po zerwaniu chmury ani widu wszystko wyschlo i kostka jest sucha. Musze przyznac że mateusz ma mocną rozgrzewke na pulsometrze mialem momentami tetno 175bit/sek   na rozgrzewce spotkalismy pana kamerzyste który zrobil bardzo ladne zblizenie na pracujące nogi mateusza (ciekawe czy dojrzał niedogolone kempki wlosów   ) nastepnie skierowal obiektyw na mnie , nie pozostalo mi nic innego jak pocisnąc z koptta i pokzaac palcami znak viktori , Na starcie stanelismy 11minut przed planowanym... spotkalismyt bardzo ladne dziewczyny które poradzily zebysmy jeszcze troche pokręcili. wrucilismy na 3min przed czasem stanelismy na linni po chwili komentator zapowiedzial nas jako miejscowych scigantów ludzie zabili brawo a moje serce zabilo szybciej. w momencie komendy start puls 160... po chwili się uspokoilem ale Zielak szedl jak parowóz za kazdym nacisnięciem na korbe oddala sie jak rozpedzająca się lokomotywa :p podgonilem go i trzymalem się na kole tego zarzynacza. na poboczu ludzie klaskali i zachęcali popularnym hop!! hop!! hop!!! my nabieralismy rytmu mateusz szarpal podjazdy na stojęco i z blatu ...(nachylenie okolo 8-9%) ja wolalem kadencyjnie na siedząco trzymać się skromnie na kole.

No i jest moment "pompa" kryzys po 3 minutach moje pluca ziajaly a serce bilo tak mocno zę na piersi podskakiwal mi łańcuszek z bozią   Mateusz sapal i szarpal jak parowóz pod gore ja za nim zziajany , chociarz nie moglem juz nawet za bardzo myslec ze zmeczenia wstalem z siodla zrzucilem 3 zeby nizej i hardkor , nic juz nie czulem mslalem tylko o tym zeby utrzymac sie za Za Mateuszem. Do mety 200metrow zjazdu krzycze Mateusz dzida ogien, poszlismy na zjezdzie dokrecając na blacie cięgnelem tak spdeka ze przekraczając mete wyrwalem buta z pedala i lekko mnie zachwialo. Zatrzymalem siggme i czas 9 in 30 sek okazalo siepuzniej ze na trasie wyprzedzilismy trzy timy startujęce przed nami   team 88 mial czas o 3 minuty w plecy. Wiedzielismy jednak zze w porównaniu z Kajzerem albo urbańczykiem nie mamy wiekszych szans . Nie liczylismy na jakies pudlo i spakowalismy sie na chate . odwiozlem zielaka i Andrzeja . Andrzej dal mi zestaw nowych opon i powiedzial żebym już więcej nie jeździł na takich papierowych śmieciach. Jako pierwsza osoba przekonał mnie zę nie zawsze lżejsze znaczy lepsze .... Jutro pierwszy etap z Dusznik do Polic nad Metui dystans 82km idę spać bo i tak już lekko przeginam. narazie trzymajcie kciuki Tomek

Wysłany: Wto Lip 25, 2006 21:52

cześć! Dzisiaj wstałem o 6:30 , a o 7:10 byliśmy juz z moim tatem w drodze do starej łomnicy po mateusza. Dzisiaj czekał na nas juz w progu wszystko poszło sprawnie i bez problemowo do dusznik dojechaliśmy na 1h30min. przed startem. Dzisiaj tez nie obyło sie bez oryginalnych zachowań Mateusza:P Mianowicie Dosuszał świeżo wyprane skarpetki na masce naszego wozu zadaniowego  . przed startem obowiązkowo udałem się zrobić stresowe siusiu kupiłem gela i na linie startu. stanęliśmy przy samej szarfie drugiego sektora w odległości 6metrow od pierwszej wstążki w prologu mięliśmy czas 9 :38 tracąc do pierwszej ekipy minutę i 20 sekund. zajęliśmy wczoraj 22miejsce sektor drugi zaczynał się od 21 pozycji.

START. poszła cala chmara ludzi spragnionych potu bólu zakwasów i poobdzieranych łokci... pulsometr wskazywali 188bit/sek. Po chwili wyjechaliśmy z miasta koniec rozgrzewki Zielak stanął na przedzie pościgowi za czołówką europejskich scigantów, wydawało mi sie to jak walka z wiatrakami, przed etapem zaproponowałem taktykę stabilnego tempa 160bitow od startu do ostatniego bufetu a potem w miarę sil zmiana planów w stosunku do sytuacji, ale mateusz ma prostą taktykę. Start = dzida kto wymięka ten nabija się na dzidę zostaje przez nią przebity i wydalony dziurawy jak dętka sflaczały....Tak właśnie czułem się na 6 km patrząc w plecy Mateusza dysząc zagłuszałem własne myśli samobójcze   ale wciąż widzieliśmy w oddali wznoszącej się polany czołówkę ludzi którzy wyznaczali poziom dzisiejszych zmagań . Napis dhl na plecach Kajzera zmalał aż w końcu zniknął Mateusz to przemilczał i obracał się co chwile patrząc czy ciągnie za sobą jeszcze leniwy ogon czyli mnie. Nie jestem przyzwyczajony do startu na trasie 85km ze zrywem jak na xc na pierwszych 6km miąłem średni puls 185 prawie jak na wczorajszej jeździe na czas gdzie pulsometr wyliczyli av = 188   i max 200 heh . przekroczyliśmy granice i po czasie wróciliśmy do zieleńca gdzie czekał pierwszy bufet , najadłem się arbuzów bananów, wypiłem powerradea i spuściłem trochę powietrza z tylnego koła bo miotało mi "tyłkiem " na zjazdach. Tak czy siak jestem bardzo zadowolony z opon od Andrzeja bo na zjazdach siedziałem du..ą na siodle i przekąszałem największe głazy mijając co chwile ludzi z pompką w akcji   .

Na pierwszym bufecie mielismy strate 12 minut do pierwszego teamu (dhl) Pognalismy dalej Mateusz troche sfolgowal ale wciąz jechal tempem które nie zachencalo mnie do dawania mu zmian. Zjazdy szly nam wysmienicie wyprzedzalismy nawet ludzi na fulah... na podjazdach staralismy sie cisnąc żwawo i nie tracic . Caly czas dawalem komendy do mateusza.. "wolniej" czekaj i tp. widząc w myslach jak padam z bulu za 5 dni. w glembi uwazam zewystartowalismy za agresywnie i nie potrzebnie zakwaszalismy nasza najwazniejsze w tych dniach uda. na bufecie w dusznikach mielismy 22minuty straty do pierwsz... poluznilem żepy w bucie bo zdrentwiala mi stopa w tym czasie Mateusz wytarł sobie okulary kt€re jednak zalaly sie potem w 50 stopniowej patelni na otwartych przestrzeniach (pola polany itp) zeszlo nam okolo 4 min i dzida. prze droge nr 8 czyli ta do przejscia granicznego przeprawilismy sie tunelem odplywowym - niespodzianka od organizatora. 3m srednicy rura wybrukowana od dolu i z 10 centymetrowym poziomem wody slisko jak po lodowisku ale ciekawie. Przyszed kryzys . Skonczyly mi sie gele (jeden gel  ) poczulem glud w brzuchu burrrrczenie, tego nie lubie to moj najwiekszy wróg po skurczach. Tempo spadlo Mateusz bez slowa w odleglosci 10 metrow zachencal mnie do szybszej jazdy, ale wypalenie energetyczne jest jakie jest , nie boli ale nie mam sie wtedy "pałera" tak dogramololem te 6km do 3 bufetu gdzie obżeralem sie bananami okolo 5 sztuk i plastrami arbuzow okolo 5 sztuk i pomaranczami sztuk 4   w tym czasie tato który milo mnie zaskoczyl nalozyl mi na nogi masc rozgrzewająco rozluzniającą, pognalismy. Po 500 metrach od bufetu ukonsil mnie jakis owad w dolną warge która po chwili byla wieksza od mużyńskiej wargi   nabralem troche sily i gonilem mateusza który był moja marchewką na kiju  . do mety 10 km ja czuje ze banany zamieniają sie w energie tentno stabilne w pograniczu tlenowyma beztlenowym dobry moment na finiszowanie lekkie nachylenie w duł na dokręcanie iiiiiii i i skurcz w czworoglowym przysrodkowym , wstalem laduje na stojąco , rozszedl sie, po chwili to samo w drugiej nodze, ale przeszlo po 20 sekundach przekornego pedalowania sciskając zembami spuchniętą i piekącą warge . mateusz wciąż zaskakująco spokojny. przyjol wiadomosci bez zdenerwowania z dala zobaczylem police , wjazd na asfalt Mateusz kręci po prostej z odblokowany amorkiem 45 -48km/h trzymam sie w jego cieniu w odleglosci 100 metrow widac inny team w podswiadomosci zrozumielismy , trzeba dojsc pred metą . wjezdzamy do teplic chociaz nogi juz napięte i zdrętwiale wchodze na zmiane czuje jak otula mnie wiatr i mowi ze mną nie wygrasz dociskam w blat 45km/h czuje ze jest slabo zakręt widac podkowe mety mateusza wychodzi na przeciw lapie go za reke unosimy je wspulnie i przejezdzamy prze linnie.

trase pokonalismy w 4godziny 52minuty pierwsza ekipa jaka zameldowala sie na mecie to czesi z czasem 4:07 kajzer spadl na 6 pozycje a Urbańczyk zajechał 2-gi. My czyli KKZK Team zajelismy 29 pozycje. Mateusz nie byl zawiedziny w sumie jest to moja nota bo gdybym nie "trzymal go na smyczy " to przyjechal by conajmniej 20 minut wczesniej. ale regulamin mowi ze maxymalna róznica casowa zawodników na mecie to 120 sekund, liczy sie czas drógiego. Odobiscie ciesze sie z tego czasu stracilismy niecale 45minut do zawodowych europejskich wyjadaczy, i czolowki polskich maratończyków.
moze cos jutro skrobne jak bede mial sile, ide spac musze jutro wstac o 6 tej rano. narka

Wysłany: Sro Lip 26, 2006 21:50

dzisaj wstalem o 5:45 rano na pol przytomny dogramolilem sie do czech gdzie obudzilo mnie sniadanko z placka ryżowego z zimnym mlekiem. czuolem sie polamany ale po wciągnięciu dwoch pawelkow jakos stalem na tych obolalych po wczoraj nogachspojrzelismy jeszcze raz na wyniki i jak sie okazalo wczoraj dojecalismy do mety jako 6-ta polska ekipa   .
Wystartowalismy o 10 tej. dzisiaj mateusz mnie oszczędzil i nie poszedl jak burza , ogulnie start peletonu byl bardziej stonowany niz wczoraj ludzie czuli wate w nogach i zakwas podązający do gruczolow limfatycznych   . jechalismy stabilnie bez zadnych poscigow jednym tempem czasami dociskając na krodkim podjezdzie ktorego szczyt bylo widac   . na pierwszym bufecie sie nie zatrzymalem mateusz pognal za mna oboje chwycilismy tylko po butelce wody w trakcie jazdy przelalismy do bidonów i robilismy dalej to co mielismy do zrobienia. po 20 km mielismy strate 9min do pierwszego (kajzer). na drogim bufecie stanelismy napelnilismy bidony zjedlismy dzuzo duzo i zaladowalismy kieszenie bananami i jednym powerredem... zaczelo sie mijanie pionków. Teamy ktore wystartowaly rzezniczo mialy problemy ze skurczami nogami i ogulnie ze sobą  takie wlasnie mijalismy na trasiepowoli ale skutecznie i bez niepotrzebnych zrywow energi. Trzeba dbac zeby nogi sie nie przekwasily jeszcze 3 etapy. trzeci bufet byl tylko z woda mateusz pojechal ja napelnilem bidony i podgonilem-ciezko bylo. Na 3 bufecie 25km przed meta pozycja 29 strata okolo 18min. Zaczol siepodjazd pod wielka sowe na sowie techniczny podjazd duzo ekip prowadzilo rowery ciogne sie za mateuszem zachęcany "tu mamy szanse , trzymaj kolo trzymaj " moglem to zrobic ale do mety bylo jeszcze 1/3 dystansu a do soboty jeszcz ponad 200km   wazny jest czas nie miejsce na etapie , jechalem swoje 120% rozsądnosci czyli 175bitow.

No i to czo tygryski.... zjaz z sowy szlakiem kamieni i korzeni. mateusz na przodzie, jade na czuja , slysze tylko "teraz uwaga " "uwazaj " "hoop" "srodkiem" cisniemy jak zwariowani , nie chcialem dopuscic do siebie mysli o flaku, ryzyk , rece bolą i pieka palce juz drgaja , lapy odmawiaja posluszenstwa. mateusz przyspiesza, puszczam klamki jade na maxa zwalniam co raz rower udezając przednim kolem w wieksze kamienie no i sokolec bufet 4 tutaj akcja trwa 40 sekund wyjezdzam mowie mateusz dajemy dajemy , 15 km do mety strata 20 min do kajzera pozycja 26 udezamy na gluszyce zostalo wiecej zjazdw mateusz narzuca tempo co czas mykamy kolo dyszących ludzi na pagórkach , nie patrze na pulsometr mysle tylko o utrzymaniu sie za tą maszyną prze demną torującą mi droge juz drogi dzien  . i nagle niespodzianka wjezdzamy do kopalni amplituda temperatur ponad 25stopni mile ohlodzenie czuje jak rozluzniaja sie miesnie. cisniemy ostroznie bo mokro i slisko i ciemno:) wyjzdzając z kopalni wjzzdzam skręconym kolem w piasek i wykladka. Nie sprawdzalem co sie ze mną stalo , poprostu wstalem i gonie smiejącego sie mateusza . obeszlo sie bez gorszych uszkodzen, lekko stlusczony mięsień czworoglowy uda przy kolanie , nie przeszkadza w jezdzie. cisne za mateuszem i cisne ale czuje sie coraz gorzej nie w sensie kondycyjnym ale plecy, straszny bul pleców. bul tak mocny ze przez obrzydzenie "zachęcający" do wymiotów i zniechęcający do wszystkiego... tempo spadlo mateusz w ciszy jedzie w odleglosci 12 metrow i zachęca do akcji ale nie moge tak boli ze karzede udezenie w pedal jest walka z samym sobą. tetno 154 az chce sie jechac serducho wypoczenta a tu taka blokada . Wyprzedzily nas jakies nieme których bujnelismy 5 min. wczesniej. trzymamy sie za inna gropka ale oni desz powoli znikają. zostalem ja moje plecy i mateusza muszacy czekac ...
teraz juz tylko 1,5km zjazdu do mety i leze na trawce jade ostroznie ale widze ze mateusz dziduje. wiec puszczam sie za nim trzesie mi sie wszystko amorek placze z bulu zapominam o hamulcach . ostatnia prosta widac team ktory nam odzszedl wczesniej mateusz leko drgnol rękom onboje wiedzielimy o co chodzi zrzucilem na najdwardsze 3X9 i cisne ciągne i le nogi pozwalaja wrzeszcze sam sie podbuzowuj,ąac zeby nie myslec czy dam rade czy nie . uderzam i uderzam w blati i na mecie sekunde przed nimi   wjechalismy jako 21 para , nadrabiając 5 pozycji od ostatniego buffetu , gdyby ie kryzys plecow mieli bysmy szanse na 18 miejsce. ale w porownaniu z wczorajszy m29 to 21 jest jednak calkiem calkiem. znowu wijechalismy na mete jako 6-ta polska ekipa.

narazie . jutro nocujemy w karpaczu wiec napisze dopiero w piotek podwojnie. sorki za bledy i kiepski styl ale spiesze sie bardzo kazda minuta snu to lepsze samopoczucie rano   dobranoc 4all
wygral kajzer rakowski 5 -ty.

Wysłany: Pią Lip 28, 2006 18:54

Czesc wczoraj wieczorem nie zamiescilem posta bo jak zasygnalizowalem nocowalismy w Karpaczu i nie mialem dostepu do internetu.
Etap z głuszycy do karpacza zaczol sie startem chonorowym, startowalismy z pierwszej linni   czolowka nie chciala narzucac olbrzymiego tempa, Zielak tez mnie oszczedzil i nie musialem dyszec jak astmatyk. wszystko przebiegalo standardowo jak wczesniej , Mateusz z przodu narzuca tempo , ja w miare możliwosci się dostosowuje.
Po selektywnym podjezdzie na starcie byl oczywiscie zjazd. Jechalem przed mateuszem patrze na pobocze a tam "mlody " od Kajzera majstruje cos przy kole. Pojechalem dalej nie bylem pewny bo to tylko mrugnięcie oka ale nagle mijam kajzera-zmarnowanego i z nerwem na twarzy, czyli pech, najmocniejsza polska ekipa straci conajmniej 5minut. Lecimy z Mateuszem i mowie "napewno dojdą nas na pierwszym podjezdze, jedziemy swoje"
za pierwszym bufetem bea sztajfa, na wykresie byla niemal ze pionowa, w rzeczywistosci równiez. miele na 1X2 i proboje dojsc mateusza ktory czeka na mnie razem z grupką 6 zasapanych zawodników. pomyslalem idealny moment, kazdy zmarnowany fizycznie i psychicznie, sztajfa, mateusz niezniszczalny. Tutaj nadrobimy 3 pozycje. zblokowalem amora zrzucilem na 1X3 i na stoj,ąco cicho dysząc (zeby nie dac poznac zmęczenia) dzoszedlem gropke i pojechalismy dalej razem z Mateuszem, zaczyna sie zjazd nagle mateusz staje i mowi jedz ja cie dojde, Więc sucham sie i krece dalej odpoczynkowo , zjazd robi sie nerwowy, mocne koleiny i koryta rzeczek roztopowych , co raz denerwuje sie blokowany zawodnikami ktorzy szybciej by zbiegali niz zjezdzali, za tą pyche zaplacilem bardzo szybko, nie zaowazylem kamienia i supermen przez kiere, niegrozny chwycilem rower i jade dalej, po 50 sek zjazdu znowu spadam z roweru lekko uderzając sie w kostke (mam siniaka  ). Dochodzi mnie mateusz okazalo sie ze wplontala mu sie galąz - drąg miedzy lewą korbe a rame i sie sklinowala. drogi bufet wciąz nie ma kajzera , lecimy dalej.. Puzniej monotonia troche aswaltow i ciągle kręcenie i odliczanie kilometrow co jakis czas jakas ekipa zostaje za plecami, zaczyna sie wielki kloczowy podjazd na jakąs góre... Tutaj dalem z siebie bardzo wiele ale rozwaznie. wyprzedzilismy okolo 5 ekip i zjazd... straszecznie wibracyjny, niereguralna kostka z akcentami typu dziura albo mega glaz, rece odpadają ale dokręcam z blatu 3X9 jedziemy jak dzikusy, zjad jest juz tak dlugi ze zaczynaja mi siadac ramiona obkurczają sie delikatnie tricepsy, po zjezdzie mamy 58km wedlof folderu trasa 74 czyli jeszcze 16km do mety rozwaznie pokonujemy podjazdy interwalow, Jest 63 km i nafle meta , jestem calkowicie zaskoczony i bardzo zdenerwowany, bo nie dalem z siebie wszystkiego a dopiero szykowalem sie do mocniejszej pogoni ze uciekającym mi mateuszem. no ale trodna zajechalismy wtedy na 27 pozycji i w generalce open splasowalismy sie na 25 miejscu, po 6 minutach na mete wpadl Kajzi z mlodym, spytalem sie co sie stalo . Zlapal gume ale mocno naciol opone wiec musieli zrobic podkladke miedzy detke a opone, tak dojechali do nastepnego bufetu gdzie znowu spuscili powietrze i wymienili opone na nową , na te zabiegi stracili conajmniej 15 minut, wjechali wtedy chyba jako 33 para i stracili realnie szanse na wygranie generalki.

a teraz dzisiejsze zmagania Start chonowowy z karpacza wszyscy jada ocięzale i zmęczeni, my ustalislismy taktyke ze dzisiaj troche przycisniemy od startu ale rozwaznie , a potem troche trzymania popzycji i na 25 km przed meta znowu poscig za lepsą pozycją mety. Czulem sie swietnie stojąc w sektorze na starcie mialem 81bitow/sek  

wystartowalismy srednio ale jak tylko zjechalismy z aswaltu dalismy ognia wyprzedzalismy srednio jedna pare na 20 sekundz czulem sie dobrze mateusz pracowal nad atakami psychicznymi (czyli kompletna dzida przy wyminięciu i przez następne 20 sekund a potem lekka redukcja i kę cenie z tą sama kadencią lekki odpoczynek i pogon za nastepną grupka ekipą) ja trzymalem sie za nim. Podjechalismy ta lopate i na szczycie przekroczylismy granice od ktorej byl kozacki asfaltowy zjazd 75km/h   pozniej znowu w teren miekie podloze ale troche kozeni i kamienne rynienki splywowe mijamy co raz ekipy z akcją dobijajacą ich psychike czuje sie na silach nie jest ze mną tragicznie , i nagle ssssss sssss ssss mateusz na rynience lapie kapcia chce stawac ja mowie jedz jeszcze troche do konca powietrza , po chwili stajemy akcja trawa 100sekund i mozna juz pompowac kolo, Zielak karze mi jechac wiec jade sam, delikatnie odpoczywając Rozdzielilismy sie tak na 4km, puzniej zielak zawital i odrazu wszedl na przod stracilismy wszystko to na co pracowalismy, bylismy okolo 35-37 ekipa ale jechalismy dalej tak samo jak gdyby nic sie nie stalo, zaczol sie dlogi aswaltowy podjazd , blokada amora i raz na stojak a raz na siedzą co i z kadencją , nogi odpoczywaly w polowie podjazdu telepatyczne porozumienie i przyspieszamyminelismy okolo 6 ekip na 49 km toszlismy ta ekipe która jako pierwsza wyprzedzila nas przy kapciu. nadrabianie straty okolo 3 minut zajelo nam ponad 20 km teraz pracowalismy juz na nadrabianie i gonienie wsola czyli ekipy ktora ma 7 minot przewagi w generalce i jest miejsce wyrzej, doszlismy ich na plaskowyrzu technicznym jakich malo trzymalismy sie chwilile za nimi bo nie bylko jak wyprzedac jak zaczol sie zjaz zeskoczylem z roweru i pognalem w dul z bajkiem na plecach mateusz gonil za mna a oni tylko ach ech menczyli sie na rowerach niepotrzebnie taca c czas, byl to tak stromy i niebezepiczny zjazd, Ze po chwili musielismy sie chwycic specialnie przymocowanej liny dzieki której nie spadlismyy, tu zaden zawodnik nie zjezrdzal nie bylo kozaka , puzniej bufet napchalem swoje i mateusza kieszeni e bananami i jazda, mamy szanse mowie, teraz zrobmy 7 minot i jestesmuy przed wsolem. na mete zajechalismy jako 25 para a w generalce zajmujemy 24miejsce i tracimy juz tylko 115 sekund do wsola, kajzer na tym etapie wycofal sie z wyscigu , jego kompan zlamal na tym zjezdzie rame, urbanczyk tez zajechal swojego kompana i musieli wycofac sie z wyscigu. Jutro ostatni 50 km etap dam z siebie wszystko od startu finisz   w generalce jestesmy 6 polska druzyna pierwsi polacy sa na 17 tej pozycji na 22 jest rakowski ... dzisiaj przyjchal prawie pol godziny po nas nie wiem co mu sie tam stalo.

Wysłany: Sob Lip 29, 2006 17:18

Etap zaczol sie pomyslnie bo stalismy bezposrednio za linnią startu. Po prawej stronie mialem Rakowskiego czyli wielkiego doktoree . Jego rower waży niespełna 7 kg....   Stał całkowicie zmarnowany, szkoda mi go bylo bo cala jego praca poszla na marne przez trafną sztyce . Pękla i przez to stracili 40 minut na jednym etapie a to wykluczylo ich z rywalizacji.
Wystartowalismy. Zaczol sie odrazu podjazd który dokonał naturalnej selekcji. Na tym etapie obiecalem ze dam z siebie jak najwiecej ale rozsądnie na zjazdach tak aby wszystkie poprzednie dni nie poszły na marne... Jechalem razem z Zielakiem w coraz bardziej topniejącym i wydłużającym sie peletonie. Mateusz wstła z siodełka i dociskał z blatu. W pewnym momencie zęby tarczy nie utrzymaly lancucha i "sliznoł sie". Mateusz upadł na ziemie. Swoim rowerem zagrodzilem droge tak aby nikt na niego nie wjechał. Wstał błyskawicznie na twarzy widać było grymas i zdenerwowanie. Spytałem czy boli. odpowiedzial prosto szybko i zdecydowanie TAK. Wsiadl na rower i zaczol jechac . kolano bylo zakrwiawione, byla to rana cieta. rog kierownicy udezyl go w brzu i to najbardziej przeszkadzalo mu w jezdzie ale nie narzekał ani chwile jechalismy jeszcze szybciej i po okolo minucie bylismy na tej samej pozycji jak przed upadkiem.
Trasa byla latwa taktycznie na starcie podjazd 5km potem podjazdy interwalowe i na koncu 9kilometrowy podjazd po którym byla meta.
Zaplanowalismy ze calosc pojedziemy mocno podjazdy bedziemy szrpac a na prostych odcinkach utrzymamy takie tempo by nie stracic ale tak aby troche odpocząc. Odnosnie ostatniego podjazdu bylo wszystko jasne. ponieważ bylo to ostatnie 9 kilometrow calego bikechallenge nie pozostalo nam nic innego jak pojechac na max. Taktyke wprowadzilismy w życie calą trase jechalismy agresywnie nie pozwolilismy aby wyprzedzila nas jakas ekipa caly czas podganialismy nastepne i nastepne pary. Na ostatnim bufecie powiedziano nam ze jestesmy okolo 10 parą jak to uslyszalem totalnie sie zdziwilem, gdyż myślałem że jedziemy na okolo 20 pozycji. Zaczol sie podjazd do mety lekko ponad 10 km. teraz wszystko w rękach Zielaka. Zajoł miejsce z przodu i narzucił tempo, ja usiadłem mu na kole i przestalem myśleć, oddalilem od siebie wszystkie impulsy, starałem nie dopuszczać do siebie bulu jaki przeszywał moje zakwaszane już od 6dni mięśnie, jadnak bolało tak mocno że po prostu musialem sie pogodzić z tym bulem i oswoić. Wmawiałem sobie że to normalne, że musi boleć. Oddychałem bardzo glosno - przypominalo to rozpędzająco sie strą lokomotywe parową, pulsometr przekecilem ak żebym nie stresował sie tymi nie istotnymi juz dla mnie cyferkami. Mateusz ciągnol mnie pod góre której konca nie bylo widać. zaczela sie kamienista droga, teraz zaczeły mi jeszcze dokuczać plecy (mam jakąs wadekręgosłupa lordoza czy cos takiego) bolało mnie wszystko i gdy zobaczylem szczyt usmiechnelem sie bo tu wlasnie jakas para stala i latała kapcia:P miejsce do przodu. Jednak za nami suneli Niemcy którzy zmobilizowali nas do bardzo szybkiego zjeżdzanie do dusznik. na mete wjechaliśmy 2 sekundy przed nimi zajmując 9 pozycję tracąc 6,5 minuty do pierwszej pary.

Podziękowania:
Ja i Mateusz chcieliśmy szczerze i w pełni wdzięczności podziękować Panu Andrzejowi za to że troszczyl sie o nas przed wyścigiem, udzielał cennych wskazówek i porad, ale przede wszystkim za to że w nas uwierzyl i wystawił nas do tego wyścigu, osobom które pomogły na tle finansowym, czyli sponsorom, których godnie reprezentujemy na naszych koszulkach klubowych. Oraz wszystkim tym którzy wspierali nas duchowo, trzymali za nas kciuki i pomogli naw w jaki kolwiek nawet najdrobniejszy sposób. Osobiscie cciałbym podziękować swojemu tacie. Spisał się na medal na kardym bufecie czekał na nas, podawał nam strae czasową i naszą pozycje, wymieniał nam bidony na pełne, dopychał kieszenie bananami. Dzięki niemu zyskalismy napewno wiele cannych sekund . Za to że zawiozl nas na każdy etap bezpiecznie i komfortowi, A przede wszystkim dziekuje Ci za to że poświęciłeś cały swój tydzień dla mojej pasji.